Blog
Gwiaździste niebo we mnie
Janusz Krzysztof
6 obserwujących 354 notki 51526 odsłon
Janusz Krzysztof, 17 maja 2017 r.

Piękny kraj (odc. 15)

54 2 0 A A A

Podarujmy to sobie nawzajem


Czekała na mnie na dworcu kolejowym w Montpellier, z wielką radością w oczach i z wielkim bukietem jasnych róż w dłoniach. Jeszcze chyba nie widziałem jej tak pięknej, jak w to słoneczne, listopadowe przedpołudnie. Było tego dnia wyjątkowo ciepło, jak na jesień, więc miała na sobie rozpięty, czerwony, jesienny płaszcz, a pod spodem swoją szykowną kreację. Czarna, dopasowana spódniczka do kolan, jasno-kremowa, zwiewna bluzeczka z takim w sam raz dekoltem, kolorowa jedwabna apaszka, czerwone eleganckie pantofelki na wysokich obcasach, trochę złotej biżuterii – łańcuszek z krzyżykiem na szyi, kolczyki z rubinami w uszach - i ten przepiękny bukiet róż w kolorze ecru, z ogromną ilością zieleni w liściach - to wszystko razem sprawiało, że mógłbym ją zawsze podziwiać choćby tylko za ten styl ubioru i staranność doboru uzupełniających drobiazgów.

Jednak to wszystko i tak było ledwie dodatkiem do tego, co było jej prawdziwą ozdobą - lekko spięte z tyłu, czarne jak heban włosy, szeroko otwarte, czarne, lśniące oczy, szczupła sylwetka młodziutkiej kobiety o doskonałych proporcjach smukłego ciała. I oczywiście to, na co jak zawsze można było liczyć w czasach, kiedy byłem w niej zakochany i nie tylko – ten śliczny, promienny, słoneczny uśmiech, który pojawił się na jej ustach, gdy już mnie zobaczyła.

-Jean, nareszcie się spotykamy – wypowiedziała powitanie z tym takim właśnie radosnym, dziecięcym niemal uśmiechem, gdy staliśmy przez chwilę w przyjacielskim objęciu niemal na środku pasażu, prowadzącego z peronów do głównej sali dworcowej, nie zwracając uwagi na setki, może tysiące osób, spieszących się we wszystkich możliwych kierunkach i sprawiających wrażenie, że jesteśmy wewnątrz wielkiego ludzkiego mrowiska.

-Danielko, jesteś piękna, niezwykła i bardzo mi miło, że mnie zaprosiłaś! – powiedziałem, trzymając jej wolną od kwiatów dłoń w obu moich, gdy już zdążyłem kilka razy pocałować jej oba policzki i te jej piękne, pachnące włosy.

-To dla ciebie, Jean! – wręczyła mi ten imponujący bukiet kwiatów.

Odebrałem, żeby jej było lżej, ale od razu poprosiłem, żeby jednak to ona na razie niosła, bo musiałem zająć się swoją walizką. Poszliśmy w kierunku postoju taksówek, trzymając się za ręce.

-Powiedz choć jeden raz, że się choć trochę za mną stęskniłeś! – poprosiła, z uśmiechem w swoich pięknych oczach.

-Tak, kochanie, przecież jeszcze wczoraj wieczorem nie mogliśmy się nagadać, gdy ostatni raz uzgadnialiśmy szczegóły naszego spotkania. Danielko, bardzo się za tobą stęskniłem i ogromnie się cieszę, że tak serdecznie mnie witasz.

Doszliśmy do taksówek, gdzie na boku stała i czekała ta, którą ona zamówiła dla nas, byśmy natychmiast odjechali.

-Bonjour, monsieur – przywitał się ze mną kierowca, zapakował walizkę do bagażnika i ruszył w drogę przez dość leniwie jeszcze wyglądające miasto, rozświetlone blaskiem nisko zawieszonego nad horyzontem, jeszcze przedpołudniowego, listpadowo-jesiennego słońca.

Muszę przyznać, że obawiałem się tego spotkania i nie spieszyłem się do niego za bardzo od tego czasu, jak dotarłem wtedy do Marsylii z Paryża. Robert z Elizą i dziećmi odprowadzili mnie, zapakowali do wagonu i gdy pociąg ruszył, długo jeszcze wyobrażałem sobie, jak do mnie machają ich małe i duże dłonie.

Miałem jeszcze z pociągu dzwonić do niej, ale znowu się bałem. Zdrajcy i przestępcy mają i noszą w sobie coś, co powoduje ten strach, mniejszy lub większy. Przez całe dwa dni pierwszego tygodnia tak to trwało, w którym to czasie wpadłem w wir swoich pierwszych dni mojego „całkiem dobrego startu w dobrym, angielskim banku”. Dopiero w środę Danielle sama mnie od tego lęku wyzwoliła.

Wszystko się zgadzało jak w banku – rzeczywistość z tym, co mówił Robert. Po dwóch dniach takich tam zapoznawczych w zeszłym tygodniu, po których wyskoczyłem na weekend do Paryża, od nowego tygodnia zaczęła się już moja codzienna praca w dużym oddziale angielskiego banku na Lazurowym Wybrzeżu. W charakterze analityka kredytowego, siedzącego nad stosami dokumentów papierowych i nad przepastnymi zawartościami dysków komputerowych tu, w Marsylii, jak i na całym niemal świecie.

„Mól książkowy”, jak czasem nazywała mnie Kalina, przepotwarzył się w „mola papierowo-cyfrowego”, zagłębionego w swoim fotelu przy biurku od godziny dziewiątej do szóstej popołudniu, z godzinną przerwą na lunch i kilkoma przerwami na pogaduszki z koleżankami i kolegami. A tych pracujących tutaj koleżanek i kolegów było jeszcze całe mnóstwo, podobno coś koło dwustu, nie mówiąc o innych oddziałach w Marsylii i w reszcie Francji.

-W razie czego będziesz miał w czym wybierać, bo pełno tam tego żywego towaru  – jak plótł Robert jeszcze przed śmiercią Kaliny, gdy jeden jedyny raz byliśmy razem w Paryżu i opowiadał mi o tym, co dla mnie szykuje, jak będę już miał w ręku dyplom SGH.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

© Janusz Krzysztof Waszak. Pisanie poezji i prozy to moje hobby. Uważam, że Poezja pobudza do refleksji, ale też powinna wzruszać, a czasem po prostu bawić. Prawa autorskie zastrzegam wyłącznie do poezji i innych utworów mojego autorstwa (żeby nie było wątpliwości co do autorstwa). Pozdrawiam serdecznie wszystkich Czytelników, którzy zechcą tu zajrzeć i te moje utwory przeczytać. Serdecznie zapraszam.

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • Lepiej niech pisze o Danieli, niżby Autorowi łeb ucięli. Jest odcinek nr 43, jutro będzie...
  • U mnie Wena także już nie chce się pojawiać, może się za mnie wstydzi? Pozdrawiam.
  • Bardzo się cieszę, że podoba Ci się. Tak, taki mniej więcej będzie ostatni rozdział mojej...

Tagi

Tematy w dziale Kultura