Blog
Gwiaździste niebo we mnie
Janusz Krzysztof
0 obserwujących 297 notek 47225 odsłon
Janusz Krzysztof, 16 lutego 2017 r.

Trochę o wychowaniu (odc. 55)

60 0 0 A A A


(wspomnienia Marii)


W czasie, gdy na Górzyńcu nie było starszej pani Liedte, bo siedziała u swojego syna i synowej w Przedczu, rządziła tam Erna, jej druga synowa, żona Alfreda.

Stary pan Liedte chorował i był już dość słaby, więc miał kłopoty, by sprawnie zarządzać zarówno młynem, jak i gospodarstwem rybnym i stawami, a także hodowlą krów, których mieli chyba dwadzieścia i więcej. Były też konie i owce, trochę łąk i ogród, więc Erna, jak to mówią, miała „urwanie głowy” z tym całym gospodarstwem.

Póki był tu Alfred, podobno energiczny i pracowity, a starszy pan też był w pełni sił, to jakoś to szło. Jednak gdy zaczęła się okupacja, to jej mąż zaczął najpierw udzielać się w policji niemieckiej i w partii w Skalińcu i Włocławku, a potem zgłosił się na ochotnika i walczył na froncie rosyjskim. Wtedy już zaczęło być im o wiele ciężej i Erna miała za dużo pracy i obowiązków i nie mogła temu podołać. A miała przecież trójkę małych dzieci!

-Ten mój Alfred, co on w tym wszystkim widzi? – mówiła do mnie, mocno podenerwowana, kiedy poszłam ją odwiedzić w środę po tej niedzieli, gdy miałam wypadek.

-Czego on tam szukał w tej zasranej policji, w tej cholernej partii, a teraz szuka w końcu w tym pieprzonym Wehrmachcie? – pytała dalej rozdrażniona.

-Zamiast siedzieć tu w swoim gospodarstwie i go pilnować, chować swoje dzieci, to pojechał bić się z Ruskimi. Czy ty sobie, Marychna, wyobrażasz życie z takim mężem? Czy on tu wróci sam, czy też go przywiozą w drewnianej skrzynce? Pojechał tam patrzeć na te gwałty, zniszczenia i morderstwa, które Niemcy tam robią i będą robić, zanim ich stamtąd wygonią? A jak tu przyjedzie z powrotem jednak sam, to ile tam przedtem spłodzi bachorów i tam je zostawi? Ten jego obłąkany szef nakazał im mieć co najmniej dwie żony (*). A ja mu przecież dałam tyle dzieci,

ile mógł zrobić.

Nie wiedziałam, co odpowiadać, bo w końcu rozmawiałam z Niemką, starszą od siebie o siedem lat, choć traktowała mnie jak swoją koleżankę, a w tej chwili wręcz zwierzała mi się. Nie wiedziałam, czy za chwilę nie będzie tego żałować. Mieli zgodnie z tym, co powiedziała, trójkę dzieci – oprócz najstarszego Michaela były dwie młodsze córeczki, Marianna i Katrina.

W tamtym dniu przyszłam ją odwiedzić, ale też podpytać, czy nie znalazłaby się tutaj praca dla Władka, żeby go nie zabierali do Rajchu na roboty. Mój narzeczony po tych informacjach, które przyniósł Józef, rzeczywiście schronił się u nas i mieszkał na strychu, ale to była jednak słaba kryjówka i lada moment ktoś go mógł wydać celowo, albo przez pomyłkę, nieświadomie.

Erna kontynuowała:

-Zobaczysz, jeszcze rok, półtora i Ruscy tu przyjdą. Więc po jaką cholerę on tam pojechał jak głupi? Nie lepiej było na nich tutaj czekać i dopiero tutaj się wykazać faszystowskim, żołnierskim bohaterstwem? Przecież już niedługo trzeba będzie bronić tej nazistowskiej Ojczyzny właśnie tutaj, a jeszcze trochę później cała ta potęga rozsypie się jak domek z kart. Już teraz bombardują i palą naszą Kolonię i Hamburg, za niedługo zabiorą się za Berlin i spalą go do cna.

Było to już dawno po Stalingradzie, więc wszyscy wiedzieli, że na wschodzie Niemcy dostają coraz większe baty i Ernę bardzo to denerwowało. Skąd jednak wiedziała aż tak dobrze o tym, co się dzieje na wschodzie, o tych bombardowaniach i skąd miała tę pewność klęski Hitlera i jego armii – tego nie wiedziałam, a trochę bałam się wypytywać, choć bardzo byłam ciekawa.

Był dzień świętego Michała, imieniny i urodziny obchodził jej pierworodny synek Michael, obecnie siedmiolatek. Gdy Erna się go zapytała, trzy dni wcześniej, jaki chciałby mieć prezent na urodziny, to podobno odpowiedział: „Żeby tatuś do nas wrócił na moje urodziny i poszedł ze mną na ryby”. Erna nic nie odpowiedziała, ale zwierzyła mi się, że za chwilę poszła wtedy do jakiegoś kąta i się tam popłakała. Na szczęście pamiętałam o imieninach dziecka i przyniosłam mu drobny prezent – ładną, kolorową książeczkę z bajkami po niemiecku, którą dała mi kiedyś pani Ingrid w Przedczu. „Weź, może kiedyś dosz to jakimuś dziecku, naszymu krewniokowi na Górzyńcu” – powiedziała.

Teraz przyniosłam, obłożoną ładnym papierem i wstążeczką. I to był dobry pretekst do zmiany przeze mnie tematu rozmowy, coraz bardziej dla mnie niezręcznej:

-Mam dla Michasia taki mały prezent na imieniny, może ci go zostawię? – spytałam.

-O, dziękuję za pamięć – uśmiechnęła się wreszcie i odprężyła. –Zaraz go zawołam, sama to mu wręczysz, na pewno się ucieszy.

W tym momencie przystąpiłam do wyjaśnienia swojego głównego powodu mojej wizyty, czyli opowiedziałam, że Władek, mój narzeczony, musi się ukrywać (nie powiedziałam, gdzie) i czy nie mogłaby go przyjąć tutaj u nich do pracy.

-To już masz narzeczonego! Gratuluję i cieszę się. Można by jakoś ci pomóc – zamyśliła się.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

© Janusz Krzysztof Waszak. Pisanie poezji i prozy to moje hobby. Uważam, że Poezja pobudza do refleksji, ale też powinna wzruszać, a czasem po prostu bawić. Prawa autorskie zastrzegam wyłącznie do poezji i innych utworów mojego autorstwa (żeby nie było wątpliwości co do autorstwa). Pozdrawiam serdecznie wszystkich Czytelników, którzy zechcą tu zajrzeć i te moje utwory przeczytać. Serdecznie zapraszam.

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Tagi

Tematy w dziale Rozmaitości