Blog
Gwiaździste niebo we mnie
Janusz Krzysztof
6 obserwujących 345 notek 51011 odsłon
Janusz Krzysztof, 2 stycznia 2017 r.

Rozterki i modlitwy (odc. 37)

(wspomnienia Marii)

Władek chciał, żeby w drodze do przystanku w Płowcach przejść przez jego Witaszyce, a ja koniecznie chciałam choć na chwilę iść na ten cmentarz i odwiedzić grób tego maleństwa, którego tak żałowałam, chociaż ani razu go nie widziałam. Gosia dała nam kwiaty ze swojego ogródka, żeby położyć na grobku.

-Łuni tam leżum razym, Piotruś i moja Gosiuchna, aniołeczki moje kochane.

Już nie pytałam się, któż to jest ten drugi „aniołeczek”, nietrudno było się domyśleć, że to jej córeczka.

Wzięłam ją na bok i chciałam jej wręczyć pieniądze, które przyniosłam.

-Marychna, jak mi dosz, to dosz, ale nie musisz. My tu klepim bide, bo num prawie wszystko zabrali i wciunż zabirajum, co tylko sie urodzi na polu. I te piniundze num się przydadzum, ale u twoich tyż chyba nie jest letko…

Wręczyłam jej dwa tysiące marek jako spłatę długu mojego i mojej przyjaciółki Lesi, za co z uśmiechem podziękowała. Byłam zadowolona, wreszcie to załatwiłam.

Wszyscy już wyszli na podwórze pożegnać się z nami - kilka słów, uśmiechów, pocałunków.

Gosia z jej dwoma synkami poszła z nami kawałek drogi wzdłuż gościńca z powrotem w kierunku lasu, do miejsca, gdzie tuż za rowem przydrożnym był wbity zwykły, drewniany krzyż i zasadzone kwiaty.

-Tutej zabili naszych dwóch ksinży z Łosińcin – wyjaśniła, po chwili skupienia i modlitwy. –Ciungnyli ich w nocy na powrozie i tutej ich zabili z karabinu czy tam z pistolytu. Moja mama mówiła, że słyszała w nocy strzylanie, ale dopiro rano ludzie ich znaleźli, leżuncych i martwych (*).

-Tak, słyszeliśmy o tym okrucieństwie tam u nas w Turzyńcu – powiedziałam ze smutkiem. –Ludzie potem zrobili im taki wielki pogrzeb w Osięcinach, a Niemcy podobno w tym nie przeszkadzali.

-Niemcy to złodzieje, zbrodniarze i mordercy – krzyknęła Gosia. – Żeby nie łuni, to mój Piotruś miołby dzisiej cztery lata. Num zabrali całum gospodarke i wszystko w chałupie trzeba było zostawić, i wum Wasiutum tyż łukradli – dodała, zwracając się do Władka.

-I nic nie można było ze sobą zabrać, tylko dwie torby jakichś swoich rzeczy, na co było piętnaście minut albo dwadzieścia. Resztę trzeba było zostawić dla tych sk… synów, którzy to zajęli to, jak swoje –podsumował Władek.

Zaczęliśmy się żegnać jeszcze raz, już na dobre, bo czas płynął szybko i mogliśmy nie zdążyć na nasz pociąg, jeśli nie pospieszymy.

-Możecie iść tędy przez las do cmentarza, a potem do Witaszyc i Płowiec możecie pójść drogą przez Witowo, koło kościoła – pokazała nam drogę leśną, dała ostatnie wskazówki i rozstaliśmy się. 

Wkrótce potem dotarliśmy do cmentarza, gdzie dzięki jej wskazówkom odnaleźliśmy mały grobek usypany z ziemi, otoczony jakimiś cementowymi krawężnikami. Wszystko już omszałe, ale udekorowane okazałym, żelaznym krzyżem, a w środku kilkanaście drobnych kwiatków, zasadzonych w jego cieniu. Dwie białe, blaszane tabliczki mówiły wszystko o tych dwóch „aniołeczkach moich kochanych”:

 „Piotruś Andrzejczak, żył lat 3, zm. 4.X.1942. Śpij nasz śliczny Aniołku”.

„Małgosia Andrzejczak, żyła lat 4, zm. 15.III.1935. Tęsknimy za Tobą, Aniołeczku”.

Wzruszyłam się, uklękłam, pomodliłam, położyłam Gosine kwiaty, moje wrzosy i stokrotki. Staliśmy przez chwilę w milczeniu, Władek mnie objął. Jego ciemne oczy też się zaszkliły, a wiatr rozwiewał i tarmosił nasze włosy – moje jasne, jego czarne jak u wszystkich Wasiutów.

Poszliśmy jeszcze odwiedzić groby jego dziadków i jeszcze kogoś z rodziny, a potem wyruszyliśmy do Witaszyc.

Przechodziliśmy koło kościoła w Witowie, który jak prawie wszystkie inne polskie kościoły w Rzeszy pod okupacją niemiecką – był zamknięty i opuszczony, często celowo niszczony, jak ten nasz w Skalińcu, zamieniony na magazyn, kuchnię polową, więzienie dla naszych Żydów.

„Zginum, bo się Boga nie bojum” – mówiła moja mama. „Pójdzie do piekła ta ich Rzesza, wcześni czy późni”.

Lecz kiedy to się stanie i co z nami jeszcze będzie? Czy my tego dożyjemy, że kiedyś obudzimy się wolni i wciąż zdolni do miłości?

Zatrzymaliśmy się, by chociaż zmówić pacierz przy krzyżu Chrystusa, jakimś cudem pozostawionym na murze kościoła, a następnie ruszyliśmy do Witaszyc.

Przechodząc koło swojego domu Władek nic nie mówił i nie potrafiłam rozczytać jego myśli i wzruszeń. Wokół było cicho, żadnego gwaru lub krzyku dzieci, a nawet szczekania psów. Brama i furtka na podwórze były zamknięte, wyglądało na pierwszy rzut oka, jakby dom był opuszczony. Jednak za chwilę usłyszeliśmy dochodzące z podwórza głosy jakiejś kobiety i mężczyzny, rozmawiających głośno, a potem pokrzykiwanie dzieci. Czy to było po niemiecku? Nie, to nie był niemiecki, pewnie jakieś narzecze lub gwara śląska. Pewnie byli to ci nowi „koloniści” ze Śląska – podpisali volkslistę i stali się „pełnoprawnymi Niemcami”, mającymi już teraz prawo własności do odebranego gospodarstwa Polakom, żyjącym tu od wieków.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

© Janusz Krzysztof Waszak. Pisanie poezji i prozy to moje hobby. Uważam, że Poezja pobudza do refleksji, ale też powinna wzruszać, a czasem po prostu bawić. Prawa autorskie zastrzegam wyłącznie do poezji i innych utworów mojego autorstwa (żeby nie było wątpliwości co do autorstwa). Pozdrawiam serdecznie wszystkich Czytelników, którzy zechcą tu zajrzeć i te moje utwory przeczytać. Serdecznie zapraszam.

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • U mnie Wena także już nie chce się pojawiać, może się za mnie wstydzi? Pozdrawiam.
  • Bardzo się cieszę, że podoba Ci się. Tak, taki mniej więcej będzie ostatni rozdział mojej...
  • Moim zdaniem samo zdjęcie nie pokazuje smutku tej kobiety (gdyby nie tytuł, to nie byłoby tego...

Tagi

Tematy w dziale